1 PAŹDZIERNIKA 2026

Wywiad - Kamil Stoch: nie sądziłem, że mogę tego doświadczyć

- Myślę, że kilkanaście ostatnich lat pewnego systemu, który się ukształtował, daje efekty. Mamy zdolną młodzież, ale trzeba też trochę szczęścia i umiejętności, jak to wszystko pielęgnować. Dlatego wierzę w to, że jesteśmy w stanie dalej tak tym kierować, by były kolejne sukcesy - mówi Kamil Stoch, który po zakończeniu kariery zniknął na wiele miesięcy z przestrzeni publicznej. Teraz tej najwybitniejszy polski skoczek w historii wraca w nowej roli.

Zamilknąłeś na wiele miesięcy. Tak wymęczyły cię skoki?

- Dobrze, że nie na wieki (śmiech). Tak, potrzebowałem odpocząć, odsapnąć od takiej codzienności, która towarzyszyła mi przez ponad 20 ostatnich lat, ale też od mówienia o tym i od emocji, które temu wszystkiemu towarzyszyły. Potrzebowałem się po prostu totalnie zresetować, ale też zorganizować sobie życie. I zobaczyć, jak to wszystko wygląda.

Ty organizowałeś sobie życie, czy robiła to za ciebie żona Ewa?

- Myślę, że życie trochę samo się zorganizowało. Natomiast tak, Ewa przygotowała mi bardzo dobry grunt pod moją przyszłość, pod nowe życie. To przecież Ewa była inicjatorką założenia klubu KS Eve-Nement Zakopane wiele lat temu. I to się wszystko pięknie rozwinęło, a ja tak naprawdę mogłem wejść w nową rzeczywistość, która się już ukształtowała. Tak naprawdę do klubu dołożyłem teraz wiedzę i doświadczenie, jakie posiadam. Fajnie to wszystko współgra. Poza tym mamy też firmę, w którą też chciałem się wdrożyć. I przede wszystkim... obowiązki domowe, które ja akurat lubię robić, ale wymagają i czasu, i energii.

Coś sprawiało ci trudność w tym nowym życiu? Bo przecież sportowcy w czasie kariery żyją trochę, jak w bańce, gdzie mają podane wiele rzeczy na tacy. Pewnie niektórych rzeczy trzeba by się nauczyć?

- Właśnie niekoniecznie. Najbardziej zaskakującą dla mnie sprawą był czas, który po prostu bardzo szybko mi ucieka. I to pół roku od zakończenia kariery, to było tak naprawdę, jak kilka tygodni. Nie sądziłem, że ten czas będzie aż tak szybko leciał. Jeszcze, kiedy byłem zawodnikiem i myślałem sobie o sportowej emeryturze, to bardziej myślałem w kontekście takim, że będę budził się rano i zastanawiał się, co dzisiaj ze sobą zrobię i jak ten dzień będzie wyglądał. Myślałem, że po prostu będę tracił czas na takim zastanawianiu się. A tymczasem jest dużo rzeczy do zrobienia i tak naprawdę każdego dnia zastanawiam się tylko, czy będzie pogoda, czy zdążę zrobić to wszystko, co sobie zaplanowałem. I te dni bardzo szybko mijają. Jestem człowiekiem aktywnym i sam sobie dużo rzeczy wynajduję. Nawet jak mam czas, który mogę przeznaczyć dla siebie, to potrafię sobie go zorganizować.

Jak wyglądał twój dzień bez treningu, kiedy nie trzeba było pójść na siłownię, czy na skocznię. Jakiś sport wchodził w rachubę?

- Tak, kupiłem sobie rower górski. Miałem taki stary, który nabyłem jeszcze przed ślubem i trochę na nim pojeździłem z kolegą. Zresztą zaczynałem z nim skakać na nartach w LKS Ząb. On później jednak zrezygnował ze skoków, ale jego pasją były właśnie rowery. Chwilę pojeździliśmy razem i doradził mi kupno nowego roweru. To był świetny wybór. Nie sądziłem, że to będzie aż taka zmiana. Poza tym trochę pochodziłem po górach. Czekały na mnie ponad 20 lat. Niby był czas, jak byłem zawodnikiem, ale wolałem go poświęcić rodzinie albo na regenerację. Teraz mieliśmy piękne lato i mogłem to w pełni wykorzystać. W końcu wybrałem się na Orlą Perć, która była takim moim marzeniem. Nie zrobiłem jej jednak jeszcze w całości. Wrócę na nią w przyszłym roku. Na razie chciałem się trochę wdrożyć w chodzenie po górach. Poza tym poświęcałem swój czas dla klubu, ale też na siłownię. Tak sobie też postanowiłem, że jak skończę skakać, to chcę zachować pewien rytm treningowy. Dlatego staram się dwa-trzy razy w tygodniu iść na siłownię i trochę poćwiczyć. Już inaczej. Nie tylko na nogi, ale trochę na górę. Wiem, że jeszcze nie widać, ale potrzebuję trochę masy.

Kilogramów przybyło po zakończeniu kariery?

- Niezbyt dużo. W pierwszych miesiącach to były dwa kilogramy. Nawet tego nie poczułem. Teraz jestem po zgrupowaniu klubu we Włoszech, więc mogły pojawić się dwa dodatkowe kilogramy, ale jeszcze się nie ważyłem.

To chyba przyjemne uczucie, kiedy przez całą karierę musiałeś pilnować wagi, a teraz możesz jeść bez ograniczeń?

- To nie jest tak do końca. Jak byłem zawodnikiem, to nie chodziłem z wagą spożywczą i nie sprawdzałem, ile dokładnie jem. Nie liczyłem też kalorii. Po prostu jadłem to, co było na talerzu. Najczęściej w hotelach mieliśmy już przygotowane posiłki. Będąc jednak zawodnikiem, organizm potrzebował bardzo dużo energii. I dlatego jedzenie nie sprawiało mi problemu. Mój organizm bardzo szybko przetwarzał tę żywność i nie musiałem się nigdy pilnować, jak chodzi o wagę. Czasami, jak widziałem, że dobrze by było ważyć mniej kilogram albo półtora, to odrobinę odejmowałem z posiłków. Nawet nie czułem tego, że jest mniej, ale wagowo to wszystko było w porządku. Teraz jem podobnie, ale ważę nieco więcej. Przez wiele lat moje nawyki żywieniowe ukształtowały się tak, że jem po prostu dobrze. Unikam jednak tłustych potraw.

Przez wiele lat często spotykaliśmy się na różnych stołówkach. I miewałeś przy sobie na śniadaniu małą torebeczkę. Zdradzisz, co w niej nosiłeś?

- Tam miałem swoje płatki. Głównie owsiankę, którą woziłem z domu. Owsianka jest takim podstawowym produktem, ale nie w każdym hotelu była podawana. Przyzwyczaiłem się, że moje śniadanie składało się z owsianki z granolą - najczęściej z czekoladą. Wkrajałem sobie do tego jeszcze owoce i dodawałem jogurt. W ostatnich kilku latach woziłem sobie zatem owsiankę z domu. Taką, którą można tylko zalać wrzątkiem. To było po prostu szybkie śniadanie, które dostarcza wystarczającej ilości energii, a też nie powoduje, że jest się ciężkim. U nas to jest bardzo ważne, bo najczęściej po śniadaniu mamy trening.

Wróćmy do twoich ostatnich dni kariery. Tak to sobie wyobrażałeś? Start w Planicy i ten dzień po, kiedy już jesteś na tej sportowej emeryturze?

- Nie wiem. Wyobrażałem sobie dzień, w którym zakończę karierę. To, w jaki sposób będę żegnał się ze sportowym światem. Natomiast nie wyobrażałem sobie już tego, co będzie dzień później. Wydaje mi się jednak, że nie mógłbym sobie tego lepiej zaplanować. W ostatnich wywiadach mówiłem, że wstanę rano, pójdę do najbliższej kawiarni po kawę i do piekarni po croissanty. I tak też zrobiłem. Wstałem rano, poszedłem po kawę, po croissanty i zjedliśmy z Ewą właśnie takie śniadanie. Mentalnie wciąż jednak nie docierało do mnie, że to już jest koniec. Oczywiście miałem tego świadomość, ale podświadomość była jeszcze w takim trybie, w którym nie przestawiła się jeszcze na nowy tryb życia. I tak miałem przez kilka pierwszych tygodni. Cały czas miałem z tyłu głowy, że może warto byłoby zrobić jakiś trening. Tak na wszelki wypadek, gdybym jednak wrócił do skakania. I musiałem w tym momencie uświadamiać samemu sobie, że już nie będę skakał, że nie muszę iść na trening i nie muszę już się z niczym pilnować. To było trudne w tych pierwszych tygodniach. Wciąż chciałem być gotowy do skakania.

Nie brakowało ci tego? Przez tyle lat skakałeś i mówiłeś, że kochasz to robić, a teraz koniec. Nie ciągnęło cię na skocznię?

- Nie.

Szczerze?

- Szczerze. Poza tymi właśnie strzałami myślowymi. Jak chodziłem pomagać na treningi do naszego klubu i kiedy schodziłem ze skoczni, to miałem nawet taki jeden moment, że przemknął mi przez głowę pomysł, by skoczyć. Schodziłem z trenerem Andrzejem Zaryckim. Popatrzyłem na skocznię i powiedziałem do niego, że może bym sobie poszedł skoczyć. To był chyba wtorek, a ja chciałem iść w czwartek. Trener popatrzył na mnie i powiedział: jeszcze nie. On chyba wiedział, o co chodzi. Wystarczył miesiąc i po tym czasie przestały mnie nachodzić takie myśli. Po prostu wszedłem w inną rzeczywistość i pogodziłem się z tym, że już po prostu nie pójdę skoczyć.

A może to było też tak, że gdzieś podświadomie myślałeś o tym, bo pierwotnie był chyba taki plan, żeby oddać jeszcze ostatni skok w Zakopanem?

- To nawet nie było tak, że ja oddam ostatni skok. Cały czas, będąc jeszcze zawodnikiem, pytałem innych skoczków, którzy już byli na emeryturze, czy oni mają ochotę jeszcze iść sobie skoczyć. I każdy mi odpowiadał, że absolutnie nie, choć na początku się łamał. I tak się zastanawiałem, czemu tak jest? Myślałem: przecież ja to na pewno będę chciał iść skakać, na 100 procent. Właśnie po tych dwóch miesiącach, kiedy już całkowicie wyzbyłem się tych myśli, przychodzi taka świadomość, że jednak, by iść na skocznię, to potrzebujesz przygotować do tego organizm. Twoja głowa może jest gotowa do tego, żeby iść skakać, ale ciało już nie. Potrzebujesz przygotować się fizycznie, a twoje mięśnie potrzebują zareagować, by podążyć za myślą, za tym impulsem. Jeżeli nie trenujesz tych mięśni, to one są spowolnione i ten czas reakcji jest inny. Mówiłem już kiedyś, że skoki to nie jest piłka nożna, to nie jest pływanie, to nie jest rower, że sobie wsiądziesz i możesz sobie to zrobić powoli, zaczekać, kiedy piłka cię minie albo przepłynąć wolnym ruchem. W skokach trzeba po prostu być w pełni gotowym, żeby skoczyć. Możesz zjechać sobie byle jak, ale to już nie będzie to samo. To nie będzie taka frajda.

Właśnie dlatego nie zdecydowałeś się skoczyć jeszcze raz?

- Po tym ostatnim konkursie w Planicy byłem tak wykończony sezonem i byciem w trybie gotowości, że uznałem, iż ten kolejny skok nie ma sensu. Co miałem wyskakać, to wyskakałem. Nie miałem już takiej potrzeby, by skoczyć jeszcze raz. Nie miałem już nic do udowodnienia - ani sobie, ani nikomu innemu. Zdaliśmy sobie też sprawę, że organizując taki konkurs, czy ostatni skok, wiązałoby się to z kolejnym wyzwaniem - i organizacyjnym, i też mentalnym. Na nowo musiałbym się do tego wszystkiego przygotować, bo chciałbym dobrze wypaść. Taki po prostu jestem. Zdecydowaliśmy zatem, że lepszego zakończenia, niż to w Planicy już nie będzie. Tam po prostu byłem gotowy i jeszcze wzniosłem się na wyżyny swoich możliwości, żeby oddać jak najlepszy skok. I tak to się zakończyło. Organizator zawodów, ale też polska ambasada stworzyli Dom Polski w Planicy. To było świetne, dlatego nie chcieliśmy już tego powielać i przebijać. To wyszło wtedy bardzo naturalnie.

Tradycyjnie, jak co roku, zorganizowaliście Puchar Tatr w Zakopanem na zakończenie wakacji. Dzień po nim była huczna impreza. Można ją porównać z solidnym weselem. To było właściwie pożegnanie?

- To wyniknęło spontanicznie. Rok temu chcieliśmy zrobić pożegnalne zawody. Miałem na nich oddać ostatni skok, a dzień później miała być impreza. Zrezygnowaliśmy jednak z pierwotnego planu. A co do imprezy, to chciałem po prostu podziękować osobom, które towarzyszyły mi przez większą część mojej kariery. Zwłaszcza moim trenerom, rodzinie, kolegom, którzy wspierali mnie i po prostu byli ze mną. To nie było pożegnanie, to było po prostu podziękowanie dla tych osób i też możliwość spotkania się  z nimi ten ostatni raz, w taki właśnie sposób. Zaprosiłem swoich najbliższych kolegów i najbliższych rywali, z którymi dzieliłem i emocje, ale też pasję i trudy tej kariery. Cieszę się, że mieliśmy okazję właśnie w taki sposób spędzić ten czas. Praktycznie wszyscy zaproszeni goście zechcieli być w strojach regionalnych, a bombowe wejście miał Peter Prevc. To było dla nas ważne, żeby podkreślić miejsce, z którego pochodzimy, ale w trochę inny sposób.

Od pewnego czasu pomagasz w klubie jako trener. To chyba naturalny krok dla ciebie, by zająć się w przyszłości szkoleniem?

- Chyba tak. Muszę jeszcze tylko zrobić jakieś kursy. Często w wywiadach podkreślałem, że swoją przyszłość wiążę z naszym klubem i też cieszę się, że Ewa, zakładając go, przygotowała mi grunt pod ten nowy rozdział w życiu. Dzięki temu, wracając po Planicy do domu, nie miałem tego momentu takiego zastanowienia się, co ja teraz będę w życiu robił. Tak naprawdę wróciliśmy w poniedziałek, a ja we wtorek już się stawiłem na treningu i dla mnie to było takie po prostu normalne, że mam co robić, mam jakiś obowiązek. Zresztą nikt mnie do tego nie przymuszał. Tak naprawdę nie jestem jeszcze nigdzie zatrudniony, ale dla mnie to było takie normalne, że po prostu chcę poświęcić swój czas, wiedzę oraz doświadczenie, by podzielić się tym właśnie z projektem najbliższym mojemu sercu.

Podoba ci się to? Czujesz się dobrze w tym?

- Tak. Najbardziej cieszę się, kiedy dzieciakom coś wychodzi i widzę u nich tę pozytywną energię po skoku. Nie sądziłem, że mogę tego doświadczyć, ale to jest jeszcze lepsze niż to, jakbym to sam zrobił. Jest wielka radość. Trzeba dbać o ten narybek, bo wcale nie jest tak, że dzieciaki chętnie garną się do tego sportu. Trzeba ich zachęcać i wychodzić z inicjatywą. Mam nadzieję, że jak przyjdzie zima, to tych osób przyjdzie jeszcze więcej, bo potrzebujemy właśnie młodzieży.

Wróćmy jeszcze na chwilę do twojej kariery. O sukcesach nie ma co mówić, bo każdy wie, jak dużo osiągnąłeś na skoczniach całego świata. Bardziej interesuje mnie to, jak wpłynęły na ciebie trzy trudne ostatnie lata. Nie obrzydziły ci one skoków narciarskich? A może właśnie bardziej cię to wszystko mobilizowało, by przezwyciężyć tę słabość? Co roku mówiłeś, że jesteś gotowy na skakanie na równi ze światową czołówką, a jednak zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Coś cię blokowało?

- Tak, z perspektywy czasu już wiem nawet, co tak naprawdę mnie blokowało i to była po prostu głowa. Myślę, że już doszedłem do takiego momentu, w którym byłem mentalnie po prostu zmęczony. W wielu aspektach życia potrzeba świeżości mentalnej i nakręcenia się na coś. Byłem nakręcony, ale bardziej się po prostu nakręcałem samoistnie, bo tak po prostu trzeba, bo chcę jeszcze. I doszedłem do takiego momentu, kiedy ciało było gotowe, bo fizycznie czułem się po prostu w formie życia, natomiast trudno było mi wykonać bardzo proste zadania na skoczni. Pojawiła się blokada. Być może to wszystko, co się działo po prostu dookoła, miało na mnie wpływ. Może system treningowy, w jaki później wyszliśmy, może otoczenie. To wszystko sprawiało, że nie czułem się super, a jednak w sporcie musi się bardzo wiele rzeczy złożyć w całość, żeby można było uwolnić pełny potencjał. Tutaj nie chodzi o to, że ja będę teraz wytykał palcami, dlaczego było tak, a nie inaczej. Po prostu tak się złożyło. Najbardziej jestem dumny z tego, że w momencie, w którym wszystko się poskładało w całość, byłem w stanie wykorzystać to w pełni, a nawet z nawiązką. Cieszę się, że doświadczyłem tych wspaniałych sukcesów, że doświadczyłem dzielenia sukcesów z kolegami i że przeżyłem te piękne momenty. Natomiast te trzy ostatnie lata rzeczywiście były dla mnie ostatnią podróżą, ale też absolutnie tego nie żałuję, bo najbardziej żałowałbym momentu, gdybym skończył na przykład dwa lata wcześniej i później sobie to wypominał. Teraz wiem. Spróbowałem i dałem z siebie maksa, ale czegoś zabrakło. Już nie byłem w stanie wygenerować tego maksimum z siebie, jak we wcześniejszych latach. Teraz możemy gdybać. Pojechałeś na igrzyska olimpijskie do magicznego dla ciebie Predazzo.

Nie żałujesz trochę, że jednak nie odpuściłeś mistrzostwa świata w lotach i nie potrenowałeś spokojnie. Może to by coś zmieniło?

- Dzisiaj, z tą wiedzą, jaką mam, na pewno inaczej bym to wszystko zaplanował. Natomiast wtedy chciałem jechać wszystko. W ogóle miałem plan, że pojadę całe Grand Prix i cały Puchar Świata. Trener musiał mnie trochę stopować i tłumaczyć, że tak już się nie da. Nie żałuję jednak tego. Byłem, spróbowałem i dałem z siebie wszystko. Wyszło tak, a nie inaczej.

Pewnie to ty wolałbyś stać na olimpijskim podium, ale tak się nie stało w Predazzo. Kiedy jednak Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek zdobywali medale, to pomyślałeś sobie, że zostawiasz skoki narciarskie w Polsce w dobrych rękach?

- Nie. Nie miałem takiej myśli. W tamtym momencie było mi smutno i byłem tak sportowo zły, że nie wyszło mi tak, jak chciałem, jak sobie to zakładałem i też, na co tak ciężko pracowałem. Czułem złość, frustrację i smutek, ale kiedy widzisz, że twój kolega z kolei skacze super, to zostawiasz te wszystkie swoje złe myśli trochę na boku, a chcesz dzielić z nim tę radość. Też byłem po tej drugiej stronie i dla mnie to było super, kiedy koledzy ze mną dzielili te dobre emocje. Myślę, że w sporcie to jest ważne, żeby umieć oddzielić rozczarowanie swoim wynikiem, a wejść po prostu w tę radość i celebrację sukcesu kolegi z drużyny, bo na tym to polega.

Wielu się martwi, co będzie z polskimi skokami, ale my odpowiedź dostaliśmy od razu w Predazzo. Widzisz na co dzień naszą młodzież i chyba nie jest wcale tak źle?

- Myślę, że kilkanaście ostatnich lat pewnego systemu, który się ukształtował, daje efekty. Mamy zdolną młodzież, ale trzeba też trochę szczęścia i umiejętności, jak to wszystko pielęgnować. To nie jest tylko talent, to nawet nie jest tylko ciężka praca, ale też bardzo wiele różnych aspektów, na które nawet te osoby nie mają wpływu, a z kolei to wszystko ma wpływ na nich i tutaj trzeba trochę umiejętności, jak tym pokierować. Natomiast mamy doświadczenie jako naród, jako kraj w kreowaniu medalistów olimpijskich, mistrzostw świata czy w zdobywaniu Pucharów Świata. Dlatego wierzę w to, że jesteśmy w stanie dalej tak tym kierować, by były kolejne sukcesy.

Kamil Stoch przyłoży rękę do tego, co się będzie działo w polskich skokach w przyszłości?

- Nie wiem. Została mi zaoferowana funkcja doradcza w Polskim Związku Narciarskim i dla mnie to jest to w porządku jak na początek. Bardzo się cieszę, że PZN przystał na to, bym początkowo sam dysponował czasem i stopniem zaangażowania. Dla mnie to nowa rola i muszę się powoli do niej wdrożyć, bo znam siebie i nie chciałbym wypalić się już na starcie. Oczywiście też mam świadomość tego, że jak już w coś wchodzę, to chcę po prostu dawać z siebie wszystko. Cieszę się na tę współpracę, bo ta funkcja będzie wymagała bliskiej obecności w skokach narciarskich. Chcę mieć kontakt z kadrami narodowymi, ale też z młodszymi grupami szkoleniowymi. Mam być łącznikiem między zawodnikami a działaczami. I nie ukrywam, bazując na doświadczeniach z wielu lat kariery, że to jest dobry ruch ze strony związku. Chcą mieć u siebie osobę, która doskonale rozumie problemy zawodników, ale też świetnie ich zna. Odpowiada mi ta nowa funkcja. Co ciekawe, koledzy nie byli zaskoczeni tym. Przyznali, że dla nich to jest normalna kolej rzeczy i cieszą się z takiego obrotu sprawy.

Kiedy zaczynasz pracę na rzecz polskich skoków?

- Za mną są pierwsze rozmowy, ale pełną parą ruszę od początku 2027 roku. Mam teraz zaplanowany wyjazd z żoną do Ameryki Południowej i Afryki. To prezent, jaki otrzymałem po zakończeniu kariery od PZN. Musimy wykorzystać go do końca roku i dlatego wyruszamy jesienią.

Źródło: Tomasz Kalemba / PZN